TAM GDZIE SKORPION MÓWI DOBRANOC…
brak komentarzy
 

Po ekstremalnym przejeździe przez Honduras, gdzie w ciągu całego miesiąca naszego pobytu nie widzieliśmy chyba ani jednego turysty, Nikaragua była dla nas jak powrót do Europy. Wraz z przekroczeniem granicy można było poczuć diametralną różnicę między poziomem życia w obu sąsiadujących ze sobą krajach. Po pierwsze, stukilometrowy odcinek drogi od granicy do Leon- naszego pierwszego przystanku w Nikaragui, przejechaliśmy w około godzinę, co wprowadziło nas w zakłopotanie. Przyzwyczailiśmy się, że taka trasa w Hondurasie planowana była na pół dnia ciężkiej jazdy, po szwajcarskim serze. Gdyby nie fakt, że wzdłuż drogi licznie rozstawieni handlarze, wymachiwali metrowymi iguanami , które w tym regionie uchodzą za kulinarny przysmak, naprawdę mielibyśmy wątpliwości co do tego, gdzie się znajdujemy. Kolonialne miasteczko Leon spotęgowało jeszcze wrażenie powrotu na stary kontynent, no bo jak inaczej się poczuć w miejscu, gdzie lokalna piekarnia serwuje chrupiące francuskie bagietki z pesto i serem pleśniowym. Nie do końca zainteresowani życiem, podobnym do tego, które mamy na co dzień w domu, szybko zaczęliśmy rozglądać się za odskocznią od miejskiego zgiełku. Daleko nie trzeba było szukać. Leon położony jest na jednym z najbardziej wulkanicznie aktywnych terenów Ameryki Centralnej. Na cel naszej wyprawy obraliśmy zatem leżący w pobliżu miasteczka wulkan Telica.

Na miejsce, z którego dalsza droga autem nie była możliwa, dotarliśmy około 14 z zamiarem wdrapania się na szczyt przed zmierzchem. To właśnie noc, gdy wulkan mocno śpi zapewnia najlepsze warunki aby zbliżyć się do jego dymiącej paszczy i przyjrzeć się z bliska bulgoczącej zawartości jego żołądka. Dumnie spoczywający pośród innych wulkanów – Telica, drzemał sobie smacznie od czasu do czasu parskając siarką, wydobywającą się z jego gorącego wnętrza. Po cichu zbliżyliśmy się do jego kamienistych i opustynniałych stóp żeby czasem nie zbudzić tego od czasu do czasu aktywującego się potwora. Od podnóży bestii szliśmy w górę, wspinając się w stronę jego głowy. Minęło kilka godzin aż zapadł zmrok, a słabo wyraźna ścieżka zaczęła zlewać się z surowym horyzontem. Błąkaliśmy się jeszcze jakiś czas wielokrotnie zawracając z prowadzących donikąd, czasami wyimaginowanych, kończących się ostrymi krzewami dróżek. Aż w końcu padło hasło – rozbijamy obóz! Nikt nie miał już siły na dalszą wspinaczkę więc wspólnie przytaknęliśmy.

- Rozbijmy się tam, przy szałasie.

Zaproponował ktoś z naszej czwórki, wspominając o małej złożonej z palmowych liści konstrukcji, którą wcześniej minęliśmy. Cofnęliśmy się około kilometra, aby dotrzeć do tegoż miejsca. Rozpaliliśmy ognisko i okazało się, że warunki do spania są doskonałe z pominięciem faktu, że pośród wulkanicznego żwiru zaczęliśmy dostrzegać wyposażone w śmiercionośne kolce skorpiony. Zaraz po tym jak ujrzeliśmy pierwszego niebezpiecznego lokatora pustynnych zboczy wulkanu, rozpoczęła się penetracja terenu. Przyglądając się uważniej, szybko wypatrzyliśmy następne osobniki. Po chwili zorientowaliśmy się, że na każdym metrze kwadratowym grasuje co najmniej jeden lub dwóch morderców. W rzeczywistości skorpiony nie wyglądały wcale tak strasznie i przyjemnością było obserwować ich zachowanie. Jednak o bliższym zaprzyjaźnieniu się, żaden z nas nie pomyślał. Nie mieliśmy ze sobą hamaków, noc była zaawansowana i do tego byliśmy piekielnie zmęczeni. Nie było innego wyjścia jak przeżegnać się, opatulić śpiworem po zęby i zapomnieć o tym co w trawie piszczy. Położyliśmy się poprostu koło ogniska, twarze nakrywając moskitierami i poszliśmy spać. Następnego dnia rano okazało się, że dwie osoby nocy nie przeżyły. Żart, oczywiście nic się nikomu nie stało i w komplecie, o brzasku, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Na początku szło się całkiem dobrze, jednak po paru godzinach gdy słońce zbliżało się do zenitu, upał odbierał nam siły, pozostawiając takie samo wrażenie jakie odczuwa kiełbasa piekąca się na grillu. Tereny te są jednymi z najcieplejszych zakątków tej części świata, a temperatura przekracza 40° C w cieniu. Dlatego też węże, skorpiony i pająki, w przeciwieństwie do wspinającego się człowieka, czują się tu doskonale. Lejący się z nieba żar rekompensował pocztówkowy krajobraz. W końcu około południa wdrapaliśmy się na szczyt, rozkoszując się nie tylko widokiem okolicy ale również chłodną bryzą, która rozwiewała kłęby dymu wydobywające się z wnętrza wulkanu. Potwór, prawdziwa moc natury. Stromo zapadający się krater miał średnicę około 100 metrów. Z jego wnętrza wydobywały się różne trzaski i tąpnięcia. Niestety gęsta para nie pozwalała ujrzeć rozżarzonego serca bestii. Za to wysokość na jakiej się znajdowaliśmy oraz bezchmurne niebo otwierały widnokrąg przekraczający 50 km. Widok na inne wulkany zapierał dech, który i tak był płytki ze względu na zmęczenie i niższą zawartość tlenu w powietrzu. Pożywiliśmy się, zrobiliśmy zdjęcia i trzeba było ruszać w drogę powrotną, której skutki czuliśmy w udach jeszcze kilka dni po wspinaczce. Ale warto było!!!

.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi