GDZIE BIAŁA STOPA JESZCZE NIE STAŁA
brak komentarzy
 

A zaczęło się tak:

-Panowie, wiecie dlaczego was tu wezwałem?-

To akurat nie ulegało wątpliwości, czemu komendant kolumbijskiego posterunku nas wezwał, problem leżał raczej w tym jak mu się zręcznie wykręcić.

-Jako, że jestem szefem tutejszej policji, to tak się składa, że wiem dobrze gdzie się wybieracie.-

Prawdę mówiąc odkąd wjechaliśmy do Tierralta to miasteczko huczało i wszyscy wiedzieli, że szukamy łodzi by płynąc wgłąb dżungli do wioski plemienia Embera Katio. A jako, że byliśmy jedynymi białymi w promieniu większym niż wielkopolskie kartofliska, to komendant nie wypadł w naszych oczach jako miejscowy Sherlock Holmes. Prawdziwy problem leżał dopiero w tym, że FARC i inne grupy zbrojne, które dawno temu opanowały okoliczne góry, w które jechaliśmy, też już zapewne wiedziały o naszych zamiarach…

- … więc rozumiecie jakie jest zagrożenie i dalej chcecie tam jechać? Wiem również, że armia zaoferowała wam eskortę, a wy nie chcecie skorzystać ..? -

Z całym szacunkiem dla dowódcy tutejszego batalionu, ale to akurat byłoby skrajnym szaleństwem! Jechać z eskortą wojska , to jak opowiedzieć się za rządową stroną konfliktu. A w tych stronach przyjęte jest, że to niegrzecznie wchodzić do czyjegoś lasu nie będąc proszonym.
Z trudem i chłodno ale pożegnaliśmy się z komendantem, zostawiliśmy mu w prezencie odciski palców oraz pamiątkowe zdjęcia w konwencji profil, an face, profil.

Następnego dnia z samego rana mieliśmy płynąć z Indianami do wioski. Wszystko było już przygotowane, a my kręciliśmy się z boku na bok i nie mogliśmy spać.
Jedyne co, to mieliśmy słowo Cabildu Major – wodza , że włos nam z głowy nie spadnie, bo jesteśmy jego gośćmi. Nie wiem czemu tak jest… ale załóżmy że przed sobą masz Indianina. Sięga Ci trochę powyżej pasa. Zakrzywia głowę do góry by mówiąc spojrzeć Ci w oczy: “ze mną jesteś bezpieczny”. To wydaje się być absurdalnie pewniejsze niż wszystkie ostrzeżenia i groźby wojska, które ciągle ściera się z FARC w tym rejonie. Jest to jakaś nieproporcjonalna siła perswazji.

Wąskie cayuco płynęło wolno wpierw po rozkołysanej wodzie jeziora, a później mijając się z pniami i gałęziami na Rio Sinu. Z otaczającej górskiej dżungli na szczęście nie dochodziło klekotanie karabinów, lecz beztroskie wrzaski małp i szczebiotanie niezliczonego kolorowego ptactwa. Indianie zachowywali się zupełnie swobodnie, ale kątem oka zawsze obserwowali brzeg.

Po długiej drodze, w końcu dobiliśmy do brzegu Begido, mieszkańcy już na nas czekali – roześmiani z wymalowanymi twarzami w fantastyczne wzory. Niesamowicie pogodni i życzliwi. Tym samym atmosfera rozładowała się na tyle, że bez trudu mogliśmy zapomnieć o ostatnich ciepłych słowach komendanta, że FARC nas porwie by wymienić na swoich.

Embera to liczna grupa Indian , jednak wewnętrznie bardzo zróżnicowana. Jest rozciągnięta od terenów południowo-wschodniej Panamy do środkowej Kolumbii. Begido – wioska do której przypłynęliśmy, znajduje się głęboko w selvie. Jest jednak jednym z ważniejszych ośrodków Indian Embera w tej okolicy, gdyż znajduje się tu jedyny punkt medyczny na przestrzeni tysięcy kilometrów selvy i ma pod opieką większość zlewisk rzeki Sinu w tej części dżungli. Niestety brakuje podstawowych lekarstw, a przede wszystkim surowicy na ukąszenie węża. Ludzie umierają w prostych przypadkach, bo transport łodzią jest czasochłonny i horrendalnie drogi. Procesy chrystianizacyjne wyparły szamanów – doskonałych lekarzy, których spektakularna wiedza o roślinach z dżungli była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wioski pozostały bez opieki, a na ukąszenie węża została już jedynie modlitwa.

Niemniej jednak miseczka świeżo ususzonego i zmielonego kakao, głęboko w dżungli, nad brzegiem rzeki pozostawia smak nie do zapomnienia. Siedzieliśmy i obserwowaliśmy łodzie przypływające do wioski na zbliżające się wybory.
Nikt we wiosce nie pamięta by był tu kiedykolwiek biały, ale jednak jego ślad jest odciśnięty dosyć głęboko. Do wioski łodziami trafiają produkty z miast i wyraźnie widać ekspansję zagranicznych koncernów. Przejawia się to we wszystkim od diety po ubiór. Jedynie jeszcze kobiety noszą tradycyjne barwne stroje, których odpowiednio dobrane kolory określają temperament i nastrój właścicielki. Płynąc jeszcze dalej w głąb dżungli sytuacja zmienia się stopniowo wraz z utrudnionym dostępem i transportem. Indianie żyją tam bliżej natury według tradycji i wiedzy przekazywanej od wielu pokoleń.

Wraz z produktami do wiosek zaczął również witać pieniądz, szybko wypierając handel wymienny, zupełnie zmieniając dotychczasowe zwyczaje i relacje między ludźmi. Wraz z nim pojawiły się potrzeby, których wcześniej plemiona nigdy nie miały ale również i rozwój które jako społeczeństwo wewnętrznie potrzebowali. Do niedawna dżungla i rzeka zapewniała wszystko co było potrzebne – przede wszystkim ryby i zwierzynę. Jednak starym zwyczajem wciążwiększość rzeczy jest wspólna; pastwiska, zwierzęta, nawet dzieci ciężko jest przypisać do jakiegoś konkretnego domu.

W Begido w dniu, w którym przybyliśmy zaczynały się wybory by wyłonić kacyka tej wioski. Był to moment niezwykle ważny i towarzyszyło mu ogromne napięcie. Wioska od dawna przygotowywała się do tego wydarzenia ponieważ Embera są społeczeństwem w pełni demokratycznym. Chciałoby się powiedzieć w pełni wizji Arystotelesa -obywatelskim. Na wybory cabildu jednej wioski zjeżdżają się mieszkańcy z najbliższych okolic. Wszak sprawa zarządzania jedną wioską nie dotyczy tylko jej mieszkańców, ale również i sąsiadów, którzy także mają prawo głosu w tej sprawie.

Takich licznych gości trzeba gdzieś przyjąć. Chatki indian są bardzo proste i dlatego niezwykle funkcjonalne. Zbudowane są na palach. Mieszka się na piętrze, pod palmową strzechą. Chaty nie mają ścian bo i nie ma się przed czym kryć, no i w końcu nie ma się z czym kryć. Mieszkanie na piętrze powoduje, że wilgoć od ziemi czy ulewne deszcze nie przeszkadzają mieszkańcom. By ugościć przybyszów rozwiesza się w rzędzie hamaki. Na piętrze również jest palenisko –kuchnia, a naczynia wciąż można spotkać z łupin owoców. Na dole pod podłogą mieszka inwentarz. Świnki, kurki indyki i inne stwory, które regularnie można podkarmiać przez szpary między deskami podłogi.

Do tej pory głód nie podchodził do wiosek, ale Indianie ze względu na niebezpieczeństwo ze strony grup jak FARC rzadko polują już w dżungli na dziką zwierzynę. Można natrafić, na miny pułapki, patrol partyzantki albo na zaminowane obozowisko. Rzeka również przestała karmić. Stało się to za sprawą zapory wodnej. Rio Esmeralda i Sinu przestały obfitować w ryby i krewetki jak kiedyś. W 1993 roku na trenach należących do Indian, na rzece Sinu stanęła zapora. Głos Indian bezprawnie, wbrew konstytucji kolumbijskiej, został pominięty w rozmowach na temat budowy tamy na ich terenie. Konsekwencją postawienia zapory było zalanie terenów zamieszkanych i użytkowanych przez Indian oraz zmianę stanu i biegu rzeki. Skutki społeczne i ekologiczne są już nieodwracalne. Indianie musieli przenosić się w inne rejony. Problem był tym poważniejszy, że okolica była również zasiana obozami grup zbrojnych takich jak FARC. Więc nie za bardzo było gdzie się przenosić.

Zdarzało się tak, że wioski które nie zostały zalane przez powódź były likwidowane przez partyzantów bo znajdowały się zbyt blisko ich nowych punktów strategicznych. Po takich aktach ci, którzy przeżyli taki koszmar szukali ratunku w miastach. Ale Indianin nie jest spójny z tempem miasta i gubi się tam, popada w skrajne ubóstwo, bezdomność i nierzadko w alkoholizm.

Plemię – Embera Katio – bardzo mocno się zorganizowali i pomocy zaczęli szukać w środowiskach międzynarodowych. W głównej siedzibie ONZ w Nowym Jorku, wyrazili swój sprzeciw odnośnie łamania praw człowieka przez rząd Kolumbii oraz więzienie przywódców duchowych. Ale najważniejsze, że naświetlili na forum międzynarodowym dramatyczną sprawę ludobójstwa. Jest to w pewnym sensie paradoksalne, bo za pomocą systemów „cywilizowanego świata” bronią się przed nim. Ich głos mógł dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

Podczas obrad w centralnej chacie wioski, hiszpański miesza się teraz z rdzennym językiem Embera bo rozmowy są coraz bardziej emocjonujące. Reunion przebiega w napiętej atmosferze. Problemy jakie poruszają kandydaci, są wstrząsające i dotyczą wszystkich bez wyjątku. Siedzimy razem z nimi i z równym napięciem słuchamy tego co się dzieje. Myśleliśmy, że temat tama i FARC to ekstremum nawarstwiających się kłopotów plemienia. Niestety nie. Do głosu dochodzi dotychczasowy kacyk wioski Roland Restrepo i porusza jeszcze jeden istotny problem. Tematem okazała się być polityka antynarkotykowa Kolumbii, która ma bezpośrednie przełożenie na zdrowie i życie Indian.
Prawie oniemieliśmy kiedy doszło to do nas; w pierwszej chwili brzmi to absurdalnie.
Ponieważ grupy zbrojne żyjące w górach utrzymują się głównie z produkcji kokainy, (dopiero potem są porwania, kradzieże i inne cele statutowe). Tyle, że rząd kolumbijski walczy z produkcją narkotyku poprzez opryskiwanie z samolotów okolicznych gór, czego konsekwencją jest zatrucie wody, zwierząt i roślin, czyniąc ziemię Indian jałową.

Wyszliśmy ze zgrupowania pod szarzejące już niebo. Wioska stała wciąż nieprzerwanie, a w niej toczyło się niezwykłe życie. Dzieci chlapały się wodą ze strumienia, a spod każdego dachu toczyła się stróżka dymu z domowego paleniska. Z selvy jak zwykle wrzaski dzikich małp i ptactwa, ale i na znak że zbliża się wieczór słychać było już symfonie żab i cykad. Pewnie zupełnie jak przed pięćdziesięciu laty. Niby panuje tu ta sama spokojna i sielska atmosfera, kakao za dnia suszy się na słońcu, a kobiety piorą na kamieniach w rzece. Jednak Indianie zostali wciągnięci w politykę i świat im zupełnie obcy, w którym rządzi gigantyczny kapitał nie mający żadnych skrupułów. Głodna cywilizacja niczym nowotwór pożera ich tereny, a rdzennych mieszkańców traktuje jak nikomu niepotrzebne artefakty, który za marne pieniądze można kupić. Z innej strony znów paradoksalnie konflikt zbrojny w tym rejonie zahamował postęp cywilizacji wgłąb dżungli. Nie eksploatuje się selvy, nie karczuje się lasów na ogromną skalę, nie powstają drogi, a to separuje Indian i to determinuje Indian do zachowania tożsamości.

Nagle przerażający krzyk! Krzyk ciągnie za sobą inne gardła ale wszystko jest w języku Embera i nic nie rozumiemy! Kobiety porzucają swoje czynności i wybiegają z chat. Wszyscy biegną w jeden punkt wioski. Wsłuchujemy się w każdy dźwięk do nas dochodzący. Biegniemy ze wszystkimi.
Nagle dociera do nas to, że jest to krzyk radości. Przecież właśnie wybrali nowego wodza wioski! Biegniemy więc ku głównej chacie, a tam wszyscy się cieszą jakby wszyscy kandydaci wygrali jednocześnie. Jakby wioską miało rządzić 100 albo 200 Cabildu. Trwa takie zamieszanie, że już tylko w powietrzu szaleje język Embera, a my się nie możemy niczego dopytać. Ktoś mną potrząsnął radośnie i z potoku słów zrozumiałem że Cabildu Restrepo wygrał. Przedłuży swoją kadencję by mógł doprowadzić zaczęte sprawy do końca. Nas też ogarnęła radość i zaczęliśmy świętować i pić chiche razem z całą wioską.

Wieczorem przedstawiliśmy wszystkim, materiały fotograficzne i filmowe Tonego Halika dotyczące ich ziemi wzdłuż Rio Esmeralda. Nie wiemy gdzie dokładnie 50 lat temu był Halik. Wiemy, że nie było w tym czasie grup zbrojnych, ani tamy, a Embera panowali nad swoimi terenami i wiedli szczęśliwe życie. Poruszające było zaskoczenie ze strony Indian kiedy zobaczyli zdjęcia swego plemienia sprzed 50 lat. Jak wyglądały wioski, jak ludzie. Wszyscy szeptali między sobą i podziwiali wymalowane twarze ich przodków. Atmosfera magiczna, zupełna podróż w czasie. Wyjaśniliśmy co Tony opisał w książce na ich temat i że spędził z ówczesnymi mieszkańcami około 4 miesięcy. Tym razem nikt ze zgromadzonych jego nie pamiętał .Wogóle nikt nie pamiętał tu żadnego białego. Ale Indianie powiedzieli, że na skale jeden dzień drogi od Begido, w górze rzeki jest napis wyryty w żadnym ze znanych im języków. Do głowy przyszło mi od razu to, co ktoś napisał, kiedyś u mnie na domofonie: „byłem tu T.Halik”.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi