SAN BLAS – KUNA YALA
brak komentarzy
 

Z daleka, na horyzoncie widać było wysokie jak sosny, kołyszące się na wietrze i  gęsto porastające wyspę palmy kokosowe. Wyspa  śmiało mogła by być tą na której rozbił się Robinson Cruzoe. Po długiej drodze jeepem wiodącej przez górzysty teren gęstej selwy, gdzie nie mieszka nikt poza nieoswojoną przyrodą, wąski szutrowy szlak dotarł  w końcu do małej zatoczki gdzie samochód skończył bieg. Opisany wcześniej widok nie pozwalał oderwać od siebie wzroku. Dalej w stronę rajskiego archipelagu San Blas ruszyliśmy małym jachtem. Cała odizolowana morzem Karaibskim oraz lasem deszczowym od  tzw. cywilizacji prowincja dostępna jest jedynie transportem wodnym. Każdy z rodowitych mieszkańców Kuna Yala posiada co najmniej jedną lub więcej łodzi. Kayuko tak nazywa się tutejsze łodzie. Ciosane są z jednego pnia drzewa, którego drewno zamoczone w morskiej wodzie staje się kilkunastokrotnie twardsze. O poranku na płytkich wodach oblewających wyspy, izolowane od otwartego morza rafami koralowymi,  aż się roi od napędzanych wiosłami łódeczek, często wspomaganych prowizorycznymi żaglami zrobionymi ze szmaty czy kawałka starego prześcieradła. Na dość spokojnym w tym rejonie lustrze wody kiwają się wtedy małe, kolorowe koraby, za których sterami spotkać można od czterolatków samotnie przepływających z jednaj na drugą stronę wyspy, po staruszków ledwie wyściubiających czubek głowy z za góry transportowanych kokosów. Łodzie stanowią podstawę bytu Indian Kuna, to nimi transportuje się jukę, banany, trzcinę cukrową i kokosy które są głównym składnikiem pożywienia a zarazem głównym źródłem dochodu Indian. Rajskie, usypane na rafach koralowych, złoto- białe plaże, nad którymi zwisają  zgarbione od ciężaru kokosów palmy to krajobraz około 80 % wysp, których jest mniej więcej tyle co dni w roku. Pozostałe wyspy są zamieszkałe. Wąskie, ciągnące się na długość lub szerokość całej wyspy uliczki, przy których gęsto – prawie jedna na drugiej stoją niskie bambusowe, kryte palmą chatki to typowy dla San Blas krajobraz miejski. Niektóre uliczki są tak wąskie że opadające z sąsiadujących ze sobą dachów liście palmowe łączą się, nie przeszkadza to bardzo niskim Indianom Kuna, jednak średniego wzrostu Europejczyk labirynt ten musi pokonywać prawie na kuckach. Wszystkie wyspy należą do rodzin Kuna i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Są także i takie na które zsyła się, osoby zadzierające z prawem. Na bezludnych wyspach, doglądają plantacji kokosów oraz łowią wszystko co przyniesie morze. Niektóre rodziny preferują życie z dala od większych skupisk ludzkich. Gdy podpływa się do takich wysp, dzieci nie odstępują przybyszów nawet na krok.

Równorzędne do roli znaczenie ekonomiczne i żywieniowe posiada rybołówstwo. Rozważać je można jako sztukę lub rodzaj rękodzieła ludowego. Łowi się tu na kilka sposobów, w zależności od pożądanego efektu. Przeważnie na wysokich falach otwartego morza, kiwa się łódka na której rufie przeciwwagę robi sternik natomiast na przedzie obijającego się o taflę wody dziobu stoi niski i dobrze zbudowany rybak. Własnoręcznie wykonaną  sieć owiniętą na jednej ręce, obracając nad głową kilkukrotnie niczym  lasso, rzuca do wody oburącz. Sieć zamyka się poprzez połączenie opadających w głąb wody ciężarków umieszczonych na jej końcu. Wtedy rybak wyciąga łup w którym od czasu do czasu trafi się ryba ale głównie dominują krewetki. Inną z metod jest nurkowanie z ręcznym harpunem lub podbierakiem na homary. Kuna polegając jedynie na zawartości swoich płuc, nurkują na głębokość do 25 metrów, gdzie potrafią  wykorzystać także powietrze zgromadzone w  masce , takie nurkowanie trwa nawet do 4 minut. Na dnie szukają kambombii –ogromnych i smacznych małży morskich oraz homarów. W trosce o populację tych apetycznych i przede wszystkim niezwykle drogich owoców morza, Kuna wykształcili specjalną technikę połowów. Pierwszym krokiem jest gra w chowanego. W wodzie obecność homarów rozpoznaje się poprzez charakterystyczny chrobot ocierających się o siebie szczypiec i wtedy już wiadomo że skorupiak jest ale jeszcze nie wiadomo gdzie.  I zaczynają się podchody. Namierzonego homara, którego długie czółna wystają z zakamarków dna morskiego, nie zabija się. Najpierw zakłada się na niego metalową żyłkę, która po opleceniu głowy zaciska się i wtedy homar zostaje schwytany. Technika ta służy przede wszystkim do sprawdzania czy za homarem nie ma jajek. Jeżeli są, to  takiego skorupiaka odkłada się na miejsce, jeżeli jaj nie ma, żywy homar trafia do łodzi, dzięki czemu dłużej zachowuje świeżość. Ok. 90 % zawartości sieci trafia na słynący z seviche panamski targ rybny. Seviche to lokalny przysmak, jest to świeżo wyfiletowane mięso ryby które obróbce poddaje się poprzez zalanie sokiem z cytryny. Palce lizać. Zaledwie 200 km dzieli prowincję Kuna Yala od wrastających w niebo drapaczy chmur miasta Panamy, a jednak wyspy są doskonałym przykładem zachowania starych kultur w relatywnie nienaruszonej formie. Konkwista hiszpańska sprawiła iż kuna zaczęli używać ubrań jednak pewną formą buntu był przyjęty przez Indian bardzo kolorowy charakterystyczny dla nich styl ubioru. Gdy mężczyźni uprawiają rolę lub polują na morzu, kobiety kuna zasiadają w grupkach przed swoimi domami i dziergają „mole”. Mola jest rodzajem wielobarwnej wyszywanki, złożonej z kilku przenikających się warstw materiału. Na zewnętrznej stronie zawsze widnieją symbole indiańskie lub wizerunki zwierząt. Takie rękodzieło używane jest do przyzdabiania chat, odzieży czy po prostu do okrywania ciała. Ostatnimi czasy gdy coraz więcej turystów przybywa na wyspy, mole stały się doskonałym towarem handlowym. Co ciekawe gdy w gospodarstwie brakuje kobiet, zawsze najmłodszy syn przejmuje obowiązki żeńskie. Często spotkać można zajęte rzemiosłem panie, w których towarzystwie siedzi młody chłopiec i szyje mole. Taka kolej rzeczy skutkuje bardzo częstym utażsamianiem  się tych osób z płcią przeciwną. Kuna bardzo tolerancyjnie odbierają transwestytów, których na wyspach jest bardzo wielu. Szczególnie wyróżniają się podczas meczów siatkówki, którą bez obawy nazwać można ich sportem narodowym.  Kobiety niechętnie wchodzą w kontakty z obcymi i szczególnie rygorystycznie podchodzą do robienia zdjęć, jednak handel odmienia ich niedostępne oblicza. Zakupy to jedna z dwóch okazji do uchwycenia momentu migawką, drugą jest po prostu przyjaźń. Przedramiona i łydki każdej dorosłej kobiety oplatają błyskające w słońcu szakiry. Są to nawleczone na grubą nić koraliki, które ułożone według opracowanej strategii, ciasno owinięte na około nogi lub ręki budują formy znaków. Niektóre szakiry zaciskane są bardzo mocno, co po jakimś czasie skutkuje wyszczupleniem łydek. Przesadnie szczupłe łydki natomiast postrzegane są jako oznaka seksapilu. Kobiety Kuna bardzo wcześnie muszą odkryć w sobie ową seksualność. Chicha fuerte jest jedną z najważniejszych tradycyjnych ceremonii. Związana jest z pierwszą menstruacją, dla uczczenia której przez kilka dni spożywa się domowo pędzone na kukurydzy wino. Ceremonia kończy sie zaślubinami dziewczynki z od dawna znanym kandydatem z plemienia. Konsumpcja następuje od razu, co owocuje całymi hordami biegających w labiryncie wąskich uliczek dzieciaków. Widok trzynastolatki targającej bobasa w przewieszonej przez plecy przepasce, nie jest niczym niezwykłym. Po ceremonii dziewczynce przebija się przegrodę nosową i wsadza w nią oring ze szczerego złota. Oznacza on przejście w dorosłość. Dla odkażenia miejsce nakłucia dezynfekuje się olejem kokosowym. Z wiekiem i zmianą statusu wielkość oringu zmienia się na coraz większy. Po obrzędzie dziewczynce ściana się włosy, które już zawsze pozostają krótkie. Wszystkie dorosłe kobiety mają ścięte włosy, które przykrywają barwne chusty. Okolica oprócz barwnych ubrań mieni się także drogocennym metalem, z którego wyrabia się kolczyki do nosa,  jednak wydobycie notuje się jedynie na małą, rzemieślniczą skalę. Wpływają na to dwa czynniki, Indianie kuna są aktualnie najbardziej autonomiczną rdzenną społecznością w Ameryce Łacińskiej i nie pozwalają rozpocząć wydobycia na swoim terytorium. Drugim czynnikiem natomiast jest fakt obecności Kolumbijskiej partyzantki, która opanowała graniczące z prowincją Kuna Yala góry. Wydobycie złota na tych terenach nie miało by rzecz jasna większego sensu, ponieważ szybko zostało by zrabowane. Obecność partyzantki związana jest  także z brakiem ruchu drogowego a właściwie to z brakiem drogi pomiędzy Panamą a Kolumbią. Region jest tak niebezpieczny że nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te tereny. Lokalna partyzantka może kojarzyć się z grupką nędznie ubranych, koczujących w lesie rabusiów. Jednak nie!  Są to umundurowane grupy zbrojne, które prowadzą regularną wojnę  z Kolumbijskim rządem. Na swoje działania pieniądze pozyskują ze sprzedaży  tzw. złotego pyłu, czyli po prostu kokainy. Nie jest to bez wpływu na życie Indian. Rzadko kiedy dochodzi do bezpośredniej konfrontacji jednak kokaina dociera na wyspy i to w ogromnych ilościach. Prawie za każdym razem, kiedy jest większy przypływ jedna z kilkuset dryfujących na morzu w stronę Panamy paczuszek ze sproszkowanym złotem dociera do brzegów wysp, gdzie  wygrzewa się w słońcu aż ktoś zgarnie ją do siebie. Jeszcze 30 lat temu gdy przemysł kokainowy rozkwitał, Indianie nie znali przeznaczenia tej dziwnej substancji, która przypływała na ich plaże. Wtedy to odkryli że proszek ma dobre właściwości czyszczące i używali go jako detergentu. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, jakie jest przeznaczenie tej niegdyś tajemniczej substancji i ku zmartwieniu także pośród Indian można zaobserwować wzrost popytu na nią.

Kokaina jest oczywiście na czarnej liście substancji niedozwolonych, na niektórych wyspach najwyższa władza Indian czyli kongres Kuna wprowadził także zakaz sprzedawania alkoholu. Gdzie niegdzie można go spożywać  do określonych godzin, świadczy to o dużej świadomości społecznej tego plemienia. Decyzje i regulacje dotyczące życia na San Blas podejmuje zbierający się dwa razy na rok zupełnie demokratyczny Najwyższy Kongres Kuna. Aby ktoś mylnie nie wyobrażał sobie wielkiego betonowego kongresu, w którym spotykają się zakrawatowani politycy należy wyjaśnić że zebrania odbywają się w wielkim, krytym strzechą szałasie. Do stolicy regionu Porvenir zjeżdżają wtedy reprezentanci wszystkich wysp. Każda odrębna wioska posiada takiego przedstawiciela, który nazywany jest Sailą czyli po prostu szefem. Na środku budynku kongresu rozwieszone są hamaki, na których zasiada starszyzna i wodzowie. Reszta zebranych siedzi na ławkach czy po prostu na ziemi. Obrady nie są czystą grą polityczną, stąd nie wychodzi się z kontraktami. Zebrani najpierw śpiewają i dzielą się tytoniem palonym w fajkach co tworzy atmosferę wspólnego celu. Dopiero po jakimś czasie przystępują do obrad. Dialog toczy się w języku  Kuna, który do tej pory jest doskonale zachowany a na niektórych, bardziej odległych i dzikich wyspach jest  on jedynym znanym językiem.

Co więcej na wyspach wprowadzono różne inne regulacje. Po niektórych z nich np. odwiedzającym nie wolno przechadzać się po zmroku. Bogactwa morza, strzeże natomiast zakaz nurkowania głębinowego z butlą, co chroni okoliczne rafy od napływu nurków z całego świata. Nie trzeba jednak schodzić głęboko pod wodę aby natknąć się na olbrzymie manty czy rekina rafowego. Za dnia takie spotkania nie są niebezpieczne. Jednak polując z harpunem o zmierzchu, kiedy to inni znacznie sprawniejsi łowcy także wypływają na żer,  taka konfrontacja mrozi krew w żyłach.  Szczególnie świeżo ustrzelona, krwawiąca  i trzepocząca się na ostrzu ryba może być iskrą do ataku.

Wyspy owszem, są odizolowane i kultura indiańska dobrze zachowana jednak przed telefonami komórkowymi nie obroni się nikt. Wielu Indian używa nowinek technologicznych. Co prawda komórki często wiszą na przydomowym drzewie bo tylko tam jest zasięg i gdy ktoś dzwoni, szybkimi susami trzeba się na drzewo wspiąć aby zwyczajnie odebrać telefon. Co niektórzy mają także komputery a na największej z zamieszkałych wysp Narganie, lokalna szkoła posiada Internet  wi-fi.

Edukacja jednak wciąż pozostaje pod znakiem zapytania. San Blas tak jak i wiele krajów rozwijających się trapi problem śmieci. Związany jest przede wszystkim z brakiem świadomości ekologicznej. Te przepiękne rajskie wyspy coraz bardziej, zalewają odpady XXI wieku. Kuna swoje domostwa utrzymują w doskonałej czystości, związane jest to z prastarymi wierzeniami, że ten kto będzie żył w brudzie zobaczy po śmierci jak jego ciało konsumują robaki.  Zatem domy są czyste ale wszystkie śmieci przyzwyczajeni od lat wyrzucają do wody. Dawniej kiedy odpady były organiczne nie stanowiło to żadnego problemu, teraz natomiast w dobie plastikowych opakowań, problem nawarstwia się. Unikalny i wciąż relatywnie czysty ekosystem ulega powolnej degradacji. Prawdopodobnie jedyną drogą odwrotu jest zaprzestanie używania produktów ze świata zewnętrznego. Odcięcie się w momencie, w którym wyspy są jeszcze prawie zupełnie niezależne od zewnętrznej ekonomii i nie jest na to za późno. Prowincja jest samowystarczalna a Indianie Kuna potrafią wykarmić się tym co daje im matka ziemia. I dlatego nie muszą stać się częścią świata konsumentów a co za tym idzie uchronić swoją tożsamość oraz środowisko od powolnej agonii.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi