NA INKASKIM SZLAKU
brak komentarzy
 

 

 

Tropikalną Amazonię Ekwadoru, pożegnaliśmy powoli wtaczając się naszym vanem na wierzchołek masywu górskiego. Wydawało nam się że dalej za granicą peruwiańską czekają na nas już tylko wysokie Andy. A tu niespodzianka całe północne Peru to płaskie, bezkresne przestrzenie, które pokrywa przemieszczający się z wiatrem pustynny piach. Taki krajobraz ciągnie się przez tysiące kilometrów, wzdłuż linii brzegowej oceanu Spokojnego. Jego wody chłodzone przez docierający tu z południa Chile prąd Humboldta nie zachęcają do kąpieli. Zachęcają natomiast do jedzenia. Je się tu głównie ryby a najciekawszą z potraw są seviche. Peru słynie w całym środkowym regionie Ameryki Południowej z doskonałej znajomości ich przygotowania. Zakrapiane sokiem z limonki filetowane kawałki świeżo złowionych ryb, dostarczają orgazmu kubków smakowych. Najbardziej bogate w ryby są okolice Pisco, wiedzą o tym nie tylko lokalni rybacy ale także konkurencja w postaci ogromnych koloni ptaków i lwów morskich. Właśnie dla nich utworzono tu rezerwat morski Paracas, który chroni okoliczną faunę przed ludzką konkurencją poławiaczy ryb. Ryb co prawda jest pod dostatkiem, jednak nienormalnie wielkie kolonie kormoranów zjadają dziennie kilkadziesiąt ton wodnych stworów, zatem gdyby jeszcze kolejne kilkadziesiąt ton odławiali rybacy jeden z dwóch konkurentów musiał by wypaść z gry. Ciekawe kto utrzymał by się na powierzchni? Ptaki czy kutry rybackie? A może mieli byśmy do czynienia ze scenami jak z filmu Hitchcocka? Rezerwat nazywany jest Galapagos dla ubogich a to ze względu na podobieństwo flory z tą, która zamieszkuje odległe penetrowane przez Darwina wyspy. Dla ubogich oczywiście znaczy że nieporównywalnie taniej można odwiedzić Parakas aniżeli Galapagos rzecz jasna. Nas w okolice ściągnęła historia Guano, opisana w jednej z książek Halika.

Ptaki zamieszkujące przybrzeżne wysepki trawiąc tysiące pożartych ryb zamieniają je w … Wydawać by się mogło że to zwykła ptasia kupa, której ilości sprawiają że wyspy pną się w górę. A jednak nie, już od dawna nad tym wielkim ptasim wychodkiem piecze sprawuje rząd Peruwiański, który za jego sprawą przed kilkudziesięcioma laty spłacił część długo krajowego. Obecnie dwa razy w roku zbiera się ptasią kupę nazywaną w Peru – guano. Cóż w niej takiego specjalnego? Mianowicie jest ona doskonałym nawozem, najlepszym z dostępnych na całym świecie. Jest zupełnie naturalny, w pełni ekologiczny i zarazem pełny walorów i spełnia swoją rolę doskonale. Ptaki, które produkują guano pochłaniają miliony anchovies, które natomiast żywią się dnem morskim bardzo bogatym w potas. I tak właśnie guano posiada dokładnie to czego ziemi potrzebuje do regeneracji. Guano eksportuje się głównie poza Peru. Szczególną uwagę zwracają na nie plantatorzy z farm ekologicznych, poszukujący rozwiązań ekstremalnie naturalnych i zdrowych . Okolica prócz guano i rezerwatu słynie także z produkcji najpopularniejszego i ulubionego alkoholu Peruwiańczyków – Pisco. Przypomina w smaku włoską grappę i tak właśnie wyrabia się go z winogron, których w okolicy jest pod dostatkiem. Pisco jest alkoholem narodowym Peru i eksportuje się je do innych regionów kraju a także poza jego granice.

Na południe od rezerwatu przemierzając plantacje winogron i ogromne, pustynne wydmy, dojeżdżamy do prastarych geoglifów Nazca, które ściągają tu geologów oraz turystów z całego świata. Ogromne formy, które pozostawili na lokalnej pustyni przedstawicie kultur przed Inkaskich przedstawiają zwierzęta oraz symbole bliżej niezidentyfikowane. Co ciekawe formy ułożone z kamieni i wyryte w piachu nie są widoczne z powierzchni ziemi. Dopiero z wysokości , korzystając np. z samolotu lub wierzy widokowej, które ustawiono tu dla turystów, widać te niebywale mistyczne kształty. Nasuwa się pytanie w jaki sposób i dlaczego ta prastara cywilizacja tworzyła wzory widoczne tylko z nieba? Jak udało się im, ułożyć je z taką precyzją, jeżeli nie dysponowali maszynami latającymi. A może po prostu my nie wiemy że już wtedy potrafiono poruszać się pośród chmur i wiatrów. Wiele jest na ten temat teorii, jednak pozostawmy naszej wyobraźni możliwość dotarcia do genezy tej odwiecznej zagadki.

Z pustynnych klimatów polecieliśmy w kolejne ekstremum tym razem głębokości. Na drodze z Nazca do Arequipy nie sposób pominąć dwa sąsiadujące z sobą kaniony. Cothauasi i Colca od lat rywalizują o miano najgłębszego kanionu świata. Co dzień kolejny badacz ogłasza że jednak Colca jest wyższa a następnego dnia jego teorię obala inny, który faworyzuje walory Cothauasi. Niewątpliwie kaniony, których głębokość przekracza 3000 m są najgłębszymi na świecie. Dla porównania Kanion Colorado zagląda w głąb rzeki z wysokości około 2500 metrów co czyni go znacznie płytszym. Colca od Cothauasi, krajobrazowo nie różni się znacznie, jest jednak jedna rzecz, która kaniony odróżnia od siebie. Chodzi o popularność. Pierwszy z wyżej wymienionych każdego dnia odwiedzają setki turystów. Przyjeżdżają wspinać się na okoliczne szczyty czy też po prostu czaić się na zmęczone odwiedzającymi Kondory Andyjskie. Ptaki te są największymi latającymi stworzeniami tej ziemi. Rozpiętość skrzydeł dorosłego samca przekracza 3 metry. Wzbijają się na wysokość chmur kołując w kominach wietrznych w poszukiwaniu padliny. Kondory potrafią najeść się do tego stopnia że nie tylko żołądek ale i gardło wypełniają mięsem po brzegi. Obżerają się tak, że nie są w stanie wystartować z całym ciężarem pochłoniętego pożywienia. Jest to moment kiedy śmiałkowie polują na te drapieżniki. Od zawsze były tu uważne za bóstwa. W kulturze Inków, wierzono że są połączeniem świata materialnego i spirytualnego i powracając z wysokości niosą ze sobą przekaz od zmarłych. Co więcej łapano je aby dowieść męstwa i przynieść ze sobą siłę do rozmnażania. Szczególnie osoby bezpłodne wychodziły w góry aby zmierzyć się z tymi olbrzymami, co zresztą często kończyło się tragicznie. Po dziś dzień słyszy się historie o kondorach, które porwały psa czy małą lamę a nawet o zaginionych dzieciach, które ponoć dopadły szpony tego ptaka. Wracając do kanionów w niedostępnym ze względu na brak dobrej drogi dojazdowej Cothauasi jest znacznie spokojniej. Spotyka się jedynie inkaskich potomków dziś zwanych Qechua. Są niesamowicie gościnni. W trakcie swoich niekończących się obchodów, raz to dnia rolnika, innym razem dnia Indianina, dzielą się wszystkim co tylko mają, no morze oprócz swoich kobiet. Liście koki, kukurydziana chicha czy pisco krąży wśród zgromadzonych. Sami o sobie mówię somos gente sana, co oznacza – jesteśmy zdrowymi ludźmi i faktycznie nikt w okolicy nie kradnie a człowiek człowiekowi jest przyjacielem a nie wrogiem.

Kradzieże jednak to w Peru to normalka. Ostrzegano naszego znajomego: – nie bierz aparatu bo ci go ukradną. I oczywiście bez incydentów się nie obyło. Jego aparat ciągle służy, jednak inny plecak uzbrojony w sprzęt fotograficzny, został sprzątnięty z przedniego siedzenia naszego wozu. Najlepsze jest to że 6 osób kręciło się w tedy koło auta co nie powstrzymało zuchwałego rabusia przed kradzieżą. Chleb powszedni! Po 4 tygodniach jeszcze raz odwiedziliśmy Puno, w którym cała akcja miała miejsce. Zajrzeliśmy do lokalnego komisariatu aby sprawdzić postęp w sprawie. Pani z za biurka najpierw nie wiedziała o co loto, aż w końcu gdzieś z pod sterty innych teczek wyciągnęła tą odpowiednią i rzecze: Sprawa jeszcze nie została przekazana do realizacji ale niebawem się nią zajmiemy. Raptem 4 tygodnie minęło, nic dziwnego że nie było czasu na podjęcie działań. Czas w Peru ma zupełnie inne znaczenie i czasami ma się wrażenie że biegnie wstecz a nie do przodu.

Nie mając złudnych nadziei, obróciwszy się na pięcie wcześniej po tysiąckroć przeklinając miasteczko zwane Puno tudzież Puto, odjechaliśmy w stronę świętej doliny Inków. Malowniczy krajobraz, wszędzie kontrastujące z wściekle niebieskim niebem białe wierzchołki gór pozwoliły zapomnieć o stratach i przypomnieć sobie stare łacińskie powiedzenie: Carpe Diem.

Tak jak i reszta zamieszkujących płaskowyż peruwiański Indian i my nie chcieliśmy być gorsi. Wypełniliśmy nasze poliki liśćmi koki i czekaliśmy na efekty. Jeśli ktoś sobie wyobraża że koka narkotyzuje a po jednej przeżutej garści zapomina się własne nazwisko to jest w błędzie. Koka służy do zbicia efektu wysokości, rozszerza naczynia i pozwala przyswajać więcej tlenu, którego na 3500 m jest strasznie mało. Co więcej pozwala na zapomnienie o głodzie i dodaje sił. Zapobiega także senności, mimo tych wszystkich walorów nie nazwał bym jej narkotykiem, w małych dawkach działa wręcz uspokajająco, w każdym szanującym się peruwiańskim domu, przed snem podaje się mate de coka, aby spało się lepiej. Liście koki nie mają nic wspólnego z kokainą no może tyle że narkotyk wyrabia się na ich bazie. Cierpią na tym plantatorzy, których odwodzi się od uprawy rośliny oferując dofinansowania upraw owoców. Oni jednak nie chcą przestać, uprawiają kokę od setek lat i na pewno nie po to aby wyrabiać z niej kokainę. Liście stosuje się na szeroką skalę w przemyśle farmaceutycznym. Skupowana jest przez Empresa Nacional de la Coca i eksportowana do innych krajów. Część spożywa się lokalnie, po prostu żując. Na każdym bazarze można kupić liście koki. My mieliśmy przyjemność kąpać się w nich podczas wizyty w magazynie gdzie, kokę suszy się przed dalszym eksportem.

Święta dolina to miejsce najczęściej odwiedzane przez turystów, do Machu Pichu przecież pojechać chce każdy przybyły do Peru. Cuzco, Pisac i Machu Pichu to standardowa trasa większości turystów. I faktycznie ruiny są niesamowite. My jednak zahaczyliśmy tylko o szlak turystyczny. Zainteresowani bardziej stanem ruin Vilkabamby pojechaliśmy ją zgłębić. Vilkabamba była ostatnią stolicą Inków, którą ponoć re odkryła Elżbieta Dzikowska, o czym jednak zdania są podzielone. Re odkryła bo tak jak miejscowi mówią: - a co niby oni odkryli? Przecież to tu było zawsze! Vilkabamba jest zupełnie nie skomercjalizowana, trzeba pieszo iść trzy dni aby dotrzeć do Espiritu Pampa, gdzie leżą mocno zarośnięte ruiny miasta. Lokalni jednak twierdzą że to są jedynie ruiny małej osady a wielkiej Vilkabamby do tej pory nie odnaleziono.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi