HASTA LA VISTA MÉXICO …
3 komentarze
 

 

W mieście Meksyk planowaliśmy zabawić maksymalnie dwa tygodnie. Jednak rejestracja auta i inne niezbędne do załatwienia przed wyjazdem sprawy przetrzymały nas znacznie dłużej. W Meksyku spędziliśmy prawie miesiąc. Każdego dnia powtarzając sobie, że jutro już na pewno wyjeżdżamy. Słowo “mańana” weszło nam w krew do tego stopnia, że jeśli coś ma się wydarzyć dziś, wiemy że wydarzy się najwcześniej jutro. I tak właśnie kolejne etapy rejestracji auta przeplatane -z życiem towarzyskim przesuwały nasz wyjazd, na następne jutro. Niecały miesiąc to właściwie, jak na Meksyk, całkiem niezły wynik. Osiągnęliśmy go tylko ze względu na życzliwość ludzi napotkanych na naszej drodze.

Pierwszym krokiem był zakup auta, naszego domu i biura w jednym, który przeciągnął się do ponad tygodnia. Wybór nie był łatwy, a odległości jakie w tym czasie pokonywaliśmy były chyba kilkakrotnie większe niż cała nasza zaplanowana trasa. Szukając samochodu poznawaliśmy dzielnicę po dzielnicy, niemalże całe miasto. Byliśmy na fawelach, które urzekły nas swoim obliczem, w przeciwieństwie do stanu aut jaki tam odnaleźliśmy. Z kolei w najbogatszych częściach miasta nie stan samochodów był zaporą, a najczęściej ich cena. Przemknęliśmy przez las pojazdów, jednak każdy z nich, z takich czy innych powodów nie był właśnie tym, który chcieliśmy kupić. Jak nie wyciek oleju, to coś chrobotało, albo auto sprzedawało szemrane towarzystwo, że strach byłoby wyciągnąć pieniądze z kieszeni. Zawęziliśmy nasze poszukiwania do jednego modelu, który miał spełniać wszystkie nasze absurdalne oczekiwania. I w końcu jest, trafiony – zatopiony Ford Econoline. Z Ekonomią ma tylko tyle wspólnego co te trzy litery w nazwie, bo pod maską cichutko jakby siorpał sobie pomidorową zupę drzemie potwór z ośmioma rogami i sześcioma litrami.
Gdy namierzyliśmy auto, trzeba było skompletować kasę co także przysporzyło problemów, ze względu na dostępność wypłat jedynie małych kwot. Co więcej przesunięcie czasowe, które blokowało nasz dostęp do nowej puli, przeciągało operację w czasie. Można było oszaleć. Gdy w końcu doszło do transakcji postanowiliśmy skorzystać z pomocy naszych znajomych. Jak to się mówi, przezorny zawsze ubezpieczony. Mimo towarzystwa dwóch dobrych wróżek Marlen i Mirabel i trzykrotnego sprawdzenia papierów auta, nie udało się uniknąć problemów. Brakowało jednego świstka, potwierdzającego wpłatę podatku, który przeoczyliśmy. To niedopatrzenie słono nas kosztowało. Jako że nieszczęścia chodzą parami, oczywiście nie był to koniec problemów. W biurze rejestracyjnym, okazało się, że brakuje jeszcze jednego dokumentu. Tym razem papierek nie był kosztowny jednak zapłaciliśmy za niego czasem, który był i jest dla nas na wagę złota.

Piotr: – Z mojej perspektywy odbyło się to bez najmniejszego oporu, 5 dni jak z bicza strzelił i Szymon załatwił wszystko. Ale jak się spotykaliśmy w tym czasie, to do wieczora zostawały mu wybałuszone jak bazyliszkowi oczy po absurdach na jakie miał tam szczęście się natknąć..

Szymon: – Przez pięć kolejnych dni od rana do wieczora, pukałem od drzwi do drzwi, w których to odsyłano mnie, do kolejnych drzwi, za którymi czekało na mnie okienko, z za którego urzędniczka informowała uprzejmie, że odpowiednie okienko znajduje się za innymi drzwiami. I tak w koło bolek aż w końcu, na czubku góry lodowej czekał, kawałek plastiku, o który tak walczyłem.

Zdobyliśmy to czego szukaliśmy. Zawieszony wysoko, z mocnym silnikiem i wykończony tak, że można w nim spać albo grać w siatkówkę. Pozostało nam tylko dokupić niezbędny sprzęt do realizacji projektu. I od nowa, z jednej części Meksyku na drugą. Raz wpadliśmy na rynek gdzie powiedziano nam, że odnajdziemy wszystko. To akurat by się zgadzało wszystko tam było, od nieokreślonych kiczowatych plastikowych bibelotów, po koparki i kanarki, świnie, indyki i pozłacane imbryki. Niestety kompasu nikt z nas nie wypatrzył i zaginęliśmy tam zupełnie na kilka godzin. Dopiero w metrze wracając zorientowaliśmy się, że oprócz potrzebnych nam rzeczy jedziemy z jakimś wiadrem, koszem wiklinowym i byliśmy szczęśliwi, że do tej szafy, nie wcisnęli nam jeszcze żyrafy.

W między czasie, wieczorami starczało nam energii aby trochę się rozerwać i poznać coś więcej, niż korytarze metra prowadzące nas z biura do biura. Pewien piątkowy wieczór, poprzedzający manifestację na której chcieliśmy zebrać materiał, spędziliśmy w Arena de Mexico, hali w której rodziny spotykają się aby kibicować swoim ulubionym bohaterom zapaśniczych walk Lucia Libre. Jeszcze wtedy żaden z nas nie spodziewał się, iż nazajutrz wylądujemy na prawdziwej wojnie. Wojnie nie o Meksyk.

Wszystko było trochę jak pole bitwy. Z jednej strony walka z rejestracją auta, z drugiej walka o miejsce do spania, które zmienialiśmy chyba z osiem razy. Życie wiodło nas przez mieszkania znajomych, wille w najdroższej dzielnicy miasta, ale także przez hotele, w których wąskie korytarzyki prowadzące do pokoi przypominały raczej korytarze prowadzące do cel. Wszystko to budowało wrażenie mieszkania w karcerze, a my byliśmy sobie wzajem kumplami z pod jednej celi. Z trzeciej natomiast strony, otwarta walka na demonstracji podczas której granaty gazowe świszczały, przelatując nad naszymi głowami. W całym tym czarnym scenariuszu nie opuszczało nas poczucie humoru. Wszystkie niepowodzenia podejmowaliśmy z uśmiechem, mówiąc że będzie co opowiadać dzieciom.

Oczywiście nie brakowało też pozytywnych akcentów, jak na przykład pierwszy kontakt z mezcalem (lokalny alkohol podobny do tequili), czy koncert bardzo popularnej  grupy Calle 13. Udało nam się zrobić pierwszą kameralną projekcję kina i zgromadzić mnóstwo materiału filmowego.

Po tym wszystkim co nas spotkało w mieście Meksyk, aż trudno było uwierzyć, że w końcu wdrapaliśmy się na sam szczyt sterty rzucanych nam pod nogi, coraz to nowych i nowych papierów. Przezwyciężyliśmy barykadę biurokracji i nawiązaliśmy wiele nowych przyjaźni, które sprawiły, że na pewno tu wrócimy. Dla tego z niekrytym żalem opuszczaliśmy Meksyk. Meksyk, którego nigdy nie zapomnimy.

3 myśli nt. „HASTA LA VISTA MÉXICO …

  1. Na jaki adres mailowy można się z wami kontaktować? Jesteśmy w Kolumbii i jedziemy sobie powoli na północ, więc chyba nasze drogi się przetną.

    Odpowiedz
  2. admin [2013-01-13 21:28:31]

    siemka piszcie na contact@cinemaya.pl
    super bedzie sie spotkac

    Odpowiedz
  3. Marlen [2013-01-13 22:46:10]

    Espero se hayan llevado un buen sabor de boca desde México, igual o más rico que el Placki ziemniaczane me dejó.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi